Reklama

Wiadomości

Bliżej do Boga?

Chodzenie po górach, wspinaczka to piękna aktywność. Ale nie może się to odbywać tak, by stało się najważniejsze – podkreśla ks. Tomasz Koprianiuk – alpinista.

Niedziela Ogólnopolska 31/2023, str. 40-41

[ TEMATY ]

rozmowa

Archiwum prywatne ks. Tomasza Koprianiuka

Ks. Tomasz Koprianiuk

Ks. Tomasz Koprianiuk

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Wojciech Dudkiewicz: Często bywa Ksiądz w górach, także w tych wysokich. Czy jest tam, jak mówią niektórzy, bliżej do Pana Boga?

Ks. Tomasz Koprianiuk: Metaforycznie – tak, w sensie fizycznym – oczywiście, nie. Ale trudno też jednoznacznie powiedzieć, czy w tamtych warunkach mocniejsze jest mistyczne doświadczenie Boga. To jest wspinanie się po skałach, martwych kamieniach, w surowych warunkach, niskich temperaturach, gdzie powietrze jest rozrzedzone, z małą zawartością tlenu itd. Gdy znajdujemy się w sytuacjach czasem ekstremalnych, kiedy trzeba myśleć nawet o ratowaniu swojego życia, trudno mówić o przeżyciach duchowych. To, co można uznać za bliskość Pana Boga, najbardziej może wyrazić cisza. Bezkresność okolicy, w której się poruszamy, gdzie są tylko śnieg, lód, pustka, gdzie niekiedy jest tylko przebłysk słońca – pierwsze promienie, które dają choć trochę ciepła – to są momenty, w których można by było doświadczać osobistych relacji z Bogiem. Dla osoby, która nie wierzy w Pana Boga, nie ma takiego odniesienia wiary do tej rzeczywistości. To mistyka związana z osobistym przeżywaniem piękna, natury, przyrody.

Reklama

Czy często wysoko w górach, na wyprawach, mówi się o Bogu?

Chyba Pana zaskoczę: większość ludzi w górach, których spotykałem, to niewierzący. Wiara, odniesienia do Boga to rzadkość wśród osób, z którymi się wspinałem. Gdy spotyka się Polaków, można byłoby oczekiwać, że mamy wspólne korzenie, możemy porozmawiać o osobistych doświadczeniach. Tymczasem nawet w miejscach takich jak obozy, bazy, w czasie wspólnych wyjść czy podejść aklimatyzacyjnych nie ma takiego tematu. W góry, szczególnie te wyższe, wysokie, jadą ludzie, którzy ewidentnie czegoś szukają, może chcą wypełnić jakąś pustkę w swoim życiu, ale niekoniecznie jest to związane z odniesieniem do Pana Boga. Niekiedy na niedzielną Mszę św. ogłoszoną w bazie przyjdą obcokrajowcy, np. Francuzi, Niemcy czy Austriacy, a Polaków to nie interesuje. Mają inne zajęcia. W wysokich górach dominuje coś na kształt modnego ateizmu. Nie ma mowy o Bogu, osobowej relacji z Nim. Akcentuje się doznania związane z przyrodą, z walką, przetrwaniem, ekstremalnymi przeżyciami, których każdy chce tam doświadczyć.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

A jak wspinaczka, aktywność górska wpływa na przeżywanie wiary?

Nie wiążę wspinania, wysiłku, który podejmuję w górach, z szukaniem Boga czy nawiązaniem z Nim relacji. Jako kapłan, mający tę relację przez Eucharystię, bardziej już Boga nie doświadczę. Jestem natomiast w stanie zrozumieć tych, którzy nie wierząc w Boga, tam Go doświadczą. Znalezienie się w górach w sytuacji ekstremalnej, zagrożenia życia, i wyjście z niej cało – to może być dobry początek, by pomyśleć o Bogu na poważnie.

Na poważnie?

Choćby pomyśleć, że jednak jest jakaś siła wyższa, która prowadzi, czuwa. A to może być początek poznawania drogi do Pana Boga. Tak miewają alpiniści. Wychodzili jako niewierzący, ale kiedy zetknęli się z doświadczeniem śmierci – ktoś na ich oczach spadł w przepaść, zerwała się lina, a oni ocaleli – pozostawiło to ślad w ich psychice. Dlaczego on, a nie ja? Jaki jest teraz sens mojego istnienia, w tej nowej sytuacji? To bardzo podatny grunt, żeby postawić znak zapytania.

Reklama

Jeden z nestorów polskiego taternictwa powiedział, że ludzie nie mówią o strachu, bo to doświadczenie wstydliwe, bolesne. Często towarzyszył Księdzu w górach strach? To zły czy dobry doradca?

Dobrze pamiętam dwie takie sytuacje. Jedna z nich zdarzyła się podczas niedawnej wyprawy, na Aconcaguę. Schodząc z góry, byłem bardzo zmęczony, więc postanowiłem sobie skrócić drogę. I dostałem się na grań z przepaścią. Wracać nie miałem siły, zachodziło słońce, byłem na sporej stromiźnie. Pojawił się strach, mogłem przypłacić to życiem. Na szczęście w bazie zapalono mocne światło, dzięki czemu miałem punkt odniesienia. Ale wyciągam też wnioski, wiem na przyszłość, jak należy w takich sytuacjach postępować. Lęk, bojaźń w górach to bardzo dobra rzecz. Chroni bowiem przed nadmierną nonszalancją, brawurą, przypomina o tym, gdzie się jest. Jak ma się tego świadomość, to siły mierzy się na zamiary. Umiejętność wyważonego ryzyka podyktowanego lekkim strachem, który temu towarzyszy, nie paraliżuje, lecz pomaga.

Z gór wszystko wygląda inaczej. Nabiera się dystansu, pokonuje się siebie, bardziej poznaje się siebie?

Poznaje się na pewno swoje ograniczenia. To ważniejsze niż pokonywanie siebie. Pokonywanie góry to dostateczna walka z wysokością, z tym, co jest na tej trasie, żeby dokładać do tego jeszcze walkę ze sobą. Czasami trzeba stanąć w takiej sytuacji, że nie da się pójść, wejść itd. Podejmowanie ryzyka, gdy jest ewidentne zagrożenie lawiną, gdy organizm odmawia posłuszeństwa, pojawiają się oznaki choroby wysokościowej – to granice, których nie należy przekraczać. Poznawanie siebie w tym wymiarze decyduje o tym, że nie zrobię czegoś, co zagrozi mojemu życiu, że wrócę do swoich bliskich. Rozsądek, który się pojawia, to efekt poznawania siebie i swoich ograniczeń. Czasem organizm się buntuje, nie chce iść, trzeba dobrze się wsłuchać w siebie, w rytm serca, i dostrzegać swoje możliwości, żeby potem się nie okazało, że narobię innym kłopotu, choć mogłem zrezygnować. Góra zostanie i można na nią wrócić. Znaczne ryzyko, które może przynieść niebezpieczeństwo utraty życia i zdrowia, należy piętnować.

Reklama

„Ciągle potrzebuję nowych bodźców. Nie mógłbym np. uczyć w szkółce narciarskiej, powtarzając ciągle to samo” – powiedział Andrzej Bargiel, himalaista, autor ekstremalnych zjazdów na nartach z ośmiotysięczników. Czy to myślenie jest bliskie Księdzu?

Oby te bodźce nie doprowadziły kiedyś do zagrożenia i utraty życia. Przypomina to uzależnienie. Bodźce też mają swoją skalę. Dziś może nas „kręcić” to, że mamy impuls, by zrobić coś w sposób ekstremalny, o czym będzie się mówiło. W środowisku alpinistycznym widzimy czasem wyścigi, kto szybciej wejdzie, kto szybciej zdobędzie taki czy inny cel; podnosi się czynnik rywalizacji do tego stopnia, że później musimy kogoś pożegnać. Z tego powodu jest dużo cierpienia i łez. Możemy temu zapobiec, unikając gonitw czy wyścigów, aby wejść na górę szybciej, jeszcze szybciej, najszybciej itd. Kończy się to niekiedy sprowadzaniem półżywych rekordzistów – z zaangażowaniem wielu osób – w bezpieczne miejsce i przywracaniem ich do życia.

Dwa niedawne wypadki śmierci w górach: Kacpra Tekielego w Alpach i Grzegorza Gawlika na wulkanie w Japonii – w pewnym stopniu wiążą się z tematem ścigania się w górach.

Nie chcę tego oceniać personalnie, choć jak obserwuję i czytam w serwisach, to są zawsze dość złożone sytuacje i pewnie na każdy mój argument znalazłyby się dwa przeciwne. Wydarzyła się tragedia i to jest fakt. Rozmawiamy teoretycznie, zaznaczając, żeby jednak ważyć rozsądek, nie narażać się bezpośrednio na niebezpieczeństwo śmierci i nie być w górach samemu. Gdy mówimy o tych dwóch przypadkach, wchodzimy na poziom bardzo praktyczny. I w tym momencie nie ma możliwości, żeby to osądzać, oceniać. Nie mam bliższej wiedzy na ich temat.

Świętej pamięci Wanda Rutkiewicz powiedziała kiedyś, że bardziej niż wszystkich alpinistów podziwia ich żony. Czy o nadmiernym ryzyku, jakkolwiek go rozumieć, można mówić w kategoriach grzechu? Nie zabijaj – nie zabijaj siebie...

To oczywiste, że nie wolno się narażać na utratę zdrowia i życia, a tego typu działania w rozumieniu nauczania Kościoła są grzeszne. Zawsze warto przypomnieć, że należy się troszczyć o swoje zdrowie, życie, dlatego też nie można sobie życia odbierać, narażać się na jego utratę, np. przez brawurową jazdę samochodem czy przez przedawkowywanie używek, narkotyków. Nie można ryzykować życia, chyba że ratowalibyśmy innych. Strażak może narażać swoje życie, idąc ratować kogoś z płomieni; policjant, żołnierz – ktokolwiek, kto ryzykuje życie, żeby kogoś uratować.

A czy nie jest tak, że ryzyko staje się nadmierne, gdy działalność w górach urasta do najważniejszej w życiu?

To możliwe. Są, a przynajmniej powinny być, priorytety w życiu wspinaczy. Niektórym góry pomagają w zdystansowaniu się od problemów normalnego życia. Może to się uda, ale tylko na jakiś czas. Chodzenie po górach, wspinaczka to piękna aktywność. Ale nie może się to odbywać tak, by stało się najważniejsze. Jeśli są małe dzieci, potrzebują ojca/matki. Wyprawa spowoduje, że długie tygodnie, miesiące nie będzie ich w domu. Dzieci będą wyczekiwać ich powrotu. Czasem oczekiwanie w takich sytuacjach, kiedy ojciec znajduje się tam, gdzie nie jest bezpiecznie, bywa gorsze niż wiedza, że coś się z kimś stało. Tym bardziej gdy ktoś zaginie i dopiero po latach pojawia się informacja, że nie żyje, a ciało znaleziono gdzieś pod lodem. Albo... w ogóle się nie pojawia.

2023-07-25 13:19

Oceń: +1 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Zysk nie jest najważniejszy

Niedziela Ogólnopolska 14/2016, str. 30-31

[ TEMATY ]

wywiad

rozmowa

Artur Stelmasiak

Z ks. Romanem Szpakowskim SDB – prezesem Stowarzyszenia Wydawców Katolickich – rozmawia Artur Stelmasiak

ARTUR STELMASIAK: – Targi Wydawców Katolickich to jedna z największych imprez tego typu w Polsce. Ale zadam przewrotne pytanie: czy one są naprawdę potrzebne? Po co organizuje Ksiądz targi?
CZYTAJ DALEJ

Realizm duchowy św. Teresy od Dzieciątka Jezus

Niedziela Ogólnopolska 28/2005

[ TEMATY ]

święta

pl.wikipedia.org

Wielką zasługą św. Teresy jest powrót do ewangelicznego rozumienia miłości do Boga. Niewłaściwe rozumienie świętości popycha nas w stronę dwóch pokus. Pierwsza - sprowadza się do tego, iż kojarzymy świętość z nadzwyczajnymi przeżyciami. Druga - polega na tym, że pragniemy naśladować jakiegoś świętego, zapominając o tym, kim sami jesteśmy. Można do tego dołączyć jeszcze jedną pokusę - czekanie na szczególną okazję do kochania Boga. Ulegając tym pokusom, często usprawiedliwiamy swój brak dążenia do świętości szczególnie trudnymi okolicznościami, w których przyszło nam żyć, lub zbyt wielkimi - w naszym rozumieniu - normami, jakie należałoby spełnić, sądząc, iż świętość jest czymś innym aniżeli nauką wyrażoną w Ewangelii. Teresa nie znajdowała w sobie dość siły, aby iść drogą wielkich pokutników czy też drogą świętych pełniących wielkie czyny. Teresa odkrywa własną, w pełni ewangeliczną drogę do świętości. Jej pierwsze odkrycie dotyczy czasu: nie powinniśmy odsuwać naszego kochania Boga na jakąś nawet najbliższą przyszłość. Któraś z sióstr w klasztorze w Lisieux „oszczędzała” siły na męczeństwo, które notabene nigdy się nie spełniło. Dla Teresy moment kochania Boga jest tylko teraz. Ona nie zastanawia się nad przyszłością, gdyż może się czasami wydawać zbyt odległa lub zbyt trudna. Teraz jest jej ofiarowane i tylko w tym momencie ma możliwość kochania Boga. Przyszłość może nie nadejść. „Dobry Bóg chce, bym zdała się na Niego jak maleńkie dziecko, które martwi się o to, co z nim będzie jutro”. Czasami myśl o wielu podobnych zmaganiach w przyszłości nie pozwala nam teraz dać całego siebie. Zatem właśnie chwila obecna i tylko ta chwila się liczy. Łaska ofiarowania czegoś Bogu lub przezwyciężenia jakiejś pokusy jest mi dana teraz, na tę chwilę. W chwili wielkiego duchowego cierpienia Teresa pisze: „Cierpię tylko chwilę. Jedynie myśląc o przeszłości i o przyszłości, dochodzi się do zniechęcenia i rozpaczy”. Rozważanie, czy w przyszłości podołam podobnym wyzwaniom, jest brakiem zdania się na Boga, który mnie teraz wspomaga. „By kochać Cię, Panie, tę chwilę mam tylko, ten dzień dzisiejszy jedynie” - pisze Teresa. Jest to pierwsza cecha realizmu jej ducha - realizmu ewangelicznego, gdyż Chrystus mówi nieustannie o gotowości i czuwaniu. Ten, kto zaniedbuje teraźniejszość, nie czuwa, bo nie jest gotowy. Wkłada natomiast energię w marzenia, a nie w to, co teraz jest możliwe do spełnienia. Chrystus przychodzi z miłością teraz. To skoncentrowanie się na teraźniejszości pozwala Teresie dostrzec wszystkie możliwe okazje do kochania oraz wykorzystać je. Do tego jednak potrzebne jest spojrzenie nacechowane wiarą, iż ten moment jest darowany mi przez Boga, aby Go teraz, w tej sytuacji kochać. Nawet gdy sytuacja obecna jawi się w bardzo ciemnych barwach, Teresa nie traci nadziei. „Słowa Hioba: Nawet gdybyś mnie zabił, będę ufał Tobie, zachwycały mnie od dzieciństwa. Trzeba mi jednak było wiele czasu, aby dojść do takiego stopnia zawierzenia. Teraz do niego doszłam” - napisze dopiero pod koniec życia. Teresa poznaje, że wielkość czynu nie zależy od tego, co robimy, ale zależy od tego, ile w nim kochamy. „Nie mając wprawy w praktykowaniu wielkich cnót, przykładałam się w sposób szczególny do tych małych; lubiłam więc składać płaszcze pozostawione przez siostry i oddawać im przeróżne małe usługi, na jakie mnie było stać”. Jeśli spojrzeć na komentarz Chrystusa odnośnie do tych, którzy wrzucali pieniądze do skarbony w świątyni, to właśnie w tym kontekście możemy uchwycić zamysł Teresy. Nie jest ważne, ile wrzucimy do tej skarbony, bo uczynek na zewnątrz może wydawać się wielki, ale cała wartość uczynku zależy od tego, ile on nas kosztuje. Zatem należy przełamywać swoją wolę, gdyż to jest największą ofiarą. Przezwyciężając miłość własną, w całości oddajemy się Bogu. Były chwile, gdy Teresa chciała ofiarować Bogu jakieś fizyczne umartwienia. Taki rodzaj praktyk był w czasach Teresy dość powszechny. Jednak szybko się przekonała, że nie pozwala jej na to zdrowie. Było to dla niej bardzo ważne odkrycie, gdyż utwierdziło ją w przekonaniu, że nie trzeba wiele, aby się Bogu podobać. „Dane mi było również umiłowanie pokuty; nic jednak nie było mi dozwolone, by je zaspokoić. Jedyne umartwienia, na jakie się zgadzano, polegały na umartwianiu mojej miłości własnej, co zresztą było dla mnie bardziej pożyteczne niż umartwienia cielesne”. Teresa nie wymyślała sobie jakichś ofiar. Jej zadaniem było wykorzystanie tego, co życie jej przyniosło. Umiejętność docenienia chwili, odkrycia, że wszystko jest do ofiarowania - tego uczy nas Teresa. My sami albo narzekamy na trudny los i marnujemy okazję do ofiarowania czegoś trudnego Bogu, albo czynimy coś zewnętrznie dobrego, ale tylko z wygody, aby się komuś nie narazić lub dla uniknięcia wyrzutów sumienia. Intencja - to jest cały klucz Teresy do świętości. Jak wyznaje, w swoim życiu niczego Chrystusowi nie odmówiła, tzn. że widziała wszystkie okazje do czynienia dobra jako momenty wyznawania swojej miłości. Inną cechą, która przybliża ją do nas, jest naturalność jej modlitwy. Teresa od Dzieciątka Jezus, która jest córką duchową św. Teresy od Jezusa, jest jej przeciwieństwem odnośnie do szczególnych łask na modlitwie. Złożyła nawet z tych łask ofiarę, bo czuła, że w nich można szukać siebie. Jej życie modlitwy było często bardzo marne, gdyż zdarzało się jej zasypiać na modlitwie. Po przyjęciu Komunii św. zamiast rozmawiać z Bogiem, spała. Nie dlatego, że chciała, ale dlatego, że nie potrafiła inaczej. Ważny jest fakt, iż nie martwiła się za bardzo swoją nieumiejętnością modlenia się. Wierzyła, że i z takiej modlitwy Chrystus jest zadowolony, gdyż ona nie może Mu ofiarować nic więcej poza swoją słabością. Aby się przekonać, jak daleko lub jak blisko jesteśmy przyjmowania Ewangelii w całej jej głębi, zastanówmy się, jak podchodzimy do niechcianych prac, mniej wartościowych funkcji, momentów, gdy nie jesteśmy doceniani, a nawet oskarżani. Czy widzimy w tym okazję, aby to wszystko ofiarować Chrystusowi, czy też walczymy o to, aby postawić na swoim lub zwyczajnie zachować twarz? Jak postępujemy wobec osób, które są dla nas przykre? Czy je obgadujemy, czy też widzimy w tym okazję, aby im pomóc w drodze do Boga? Teresa powie, gdy nie może już przyjmować Komunii św. ze względu na zaawansowaną chorobę, że wszystko jest łaską. Czy każda trudna sytuacja, trudny człowiek jest dla mnie łaską?
CZYTAJ DALEJ

Grzechy zaniedbania - o czym zapominamy w konfesjonale?

2026-10-01 21:06

[ TEMATY ]

sumienie

grzech

Agata Kowalska

Co właściwie oznacza grzech zaniedbania i dlaczego tak łatwo przechodzimy nad nim do porządku dziennego? Często skupiamy się na tym, co zrobiliśmy złego, zapominając o dobru, którego zaniechaliśmy. Wyjaśniamy, jak właściwie przygotować się do spowiedzi, co zrobić z zapomnianym grzechem i dlaczego brak działania może mieć poważne konsekwencje moralne.

Grzechy zaniedbania - o czym zapominamy w konfesjonale? Trudno jednoznacznie zrozumieć, o co w tym pytaniu chodzi. Czy chodzi o niewłaściwe przygotowanie do spowiedzi, co prowadzi do zapominania grzechów, które należało wyznać, czy o pomijanie pewnej kategorii grzechów, które np. wymieniamy w ramach tzw. spowiedzi powszechnej („zgrzeszyłem myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem”), a nie uwzględniamy w rachunku sumienia, bo nie uważamy ich za poważne występki moralne.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję